Blogowe samobójstwo - dlaczego warto zniknąć?



Jeśli zerkniecie w archiwum bloga, szybko zobaczycie, że przez dwa miesiące napisałam tylko jeden jedyny post. Niewątpliwie dokonałam blogowego samobójstwa, skazując się na brak wyświetleń, komentarzy i lajków na fejsie przez tak długi czas. Trudno, nie wszystko da się przeliczyć na statystyki. Dlaczego nieomal zniknęłam z wirtualnego świata i co z tego wynikło? 

Dlaczego?

Widziałam kiedyś na fejsie filmik, w którym czarnoskóry gość z podjarką w głosie udowadnia, że wszelkiej maści fejsbuki, insta i tym podobne są serwisami antyspołecznościowymi, że zabijają w ludziach chęć spotkania, rozmowy i nawiązania relacji na żywo, w realu. To był filmik o mnie, serio. W telefonie zawsze coś mam do sprawdzenia, napisania i opublikowania, kompa nawet nie wyłączam, ino usypiam. 
Co prawda stosunkowo rzadko wpadam na pomysł, żeby zrobić sobie selfie i nawet nie za bardzo mi to wychodzi, ale czasem próbuję i wtedy strzelam tych fotek z pińcet tysięcy i patrzę, gdzie dziubek najładniejszy i konwencja najbardziej selfiakowa. I zastanawiam się przez pół godziny jaki filtr na to nałożyć, albo może kolaż zrobić. Czasem przechodzi mi też przez myśl, żeby obfocić jakiego kotleta czy pieroga, co to czeka na skonsumowanie, bo to też modne i wszyscy tak robią, chociaż najczęściej go po prostu wtranżalam zanim ostygnie albo dzieci zobaczą i zaczną sępić. I ten facet w filmiku o tym wszystkim mówi, o tym, że tracę czas i życie na takie głupoty. No więc postanowiłam dać sobie na wstrzymanie i ograniczyć ździebko działalność w internetach. 

I co z tego wynikło?

1. Spędziłam więcej czasu z mężem. Takiego wartościowego czasu, kiedy rozmawialiśmy na głębsze tematy niż mleko w promocji w Lidlu. Albo kiedy oglądaliśmy do późna w nocy „Słoneczny patrol” i Polo TV, i mieliśmy z tego niezły brecht. 

2. Spędziłam więcej czasu z dziećmi, zwłaszcza z Marysią. Plan był taki, żeby zabrać ją na przykład do Kielc do jakiegoś galantego hotelu, ale ostatecznie zostawiłyśmy chłopaków u moich rodziców a same wylądowałyśmy na jedną noc kilometr dalej w pustym mieszkaniu należącym do rodziny. I okazało się, że pomysł z mieszkaniem był trafiony, bo Mania kilka razy tamtego wieczoru kwiczała, że tęskni za braćmi i tatą. Gdyby się uparła, żeby wracać, to zapewne, ku mojemu wnerwieniu, miałaby głęboko gdzieś, że matka już za hotel zapłaciła i nastawiła się na dżakuzi, bicze wodne i inne potencjalne luksusy. Zresztą, nieważne gdzie, ważne, że razem. Owoc tego babskiego wypadu, który już widzę to to, że o ile wcześniej miałam wrażenie, że moja córka sprzedałaby mnie za pęto kiełbasy, o tyle teraz częściej mówi, że mnie kocha, przytula się i w ogóle jest bardziej przylepiasta do mnie. Mission complete. 

3. Spędziłam więcej czasu z przyjaciółmi. Sześć małżeństw, dwudziestka dzieci i dwa tygodnie nad morzem. Były gryle, śpiewy z gitarą, rozmowy i śmichy chichy przy degustacji różnego rodzaju trunków, olimpiada w Rio, mecze siatkówki, plażing i obżeranie się watą cukrową. Właściwie gdyby nie to, że byliśmy tam razem w takiej kupie, to te wakacje byłyby do bani, bo albo padało w nocy, albo w dzień, albo i w dzień i w nocy. 

4. Po kilku miesiącach w końcu odwiedziłam rodziców i babcię, spotkałam się ze szwagierką, dwiema ciociami, wujkiem i bratem ciotecznym, którego widuję tylko na ślubach i pogrzebach. 

5. Poznałam nowych ludzi. O na przykład dwóch fantastycznych Węgrów, którzy przyjechali na Światowe Dni Młodzieży i spędzili u nas kilka dni. Małżeństwo z naszego osiedla, z którym wracaliśmy z ŚDM-owego apelu i gadaliśmy całą drogę do domu. Albo Dorotę i Piotra - jedno z tych kilku małżeństw z naszych wakacji, którzy mimo tego, że są po ślubie 17 lat i mają czwórkę dzieci, zachowują się jakby dopiero co się w sobie zakochali i cudownie się na nich patrzyło. 

6. Przekonałam się, że dobro wraca i to czasem nawet bardzo szybko. 

7. Uczę się robić pewne rzeczy nie z poczucia obowiązku, ale z miłości.

8. Zaczęłam łapać chwile. Śmiertelny wypadek mojej bliskiej koleżanki na początku wakacji uświadomił mi, że śmierć jest nie tylko w dzienniku telewizyjnym, ale tuż obok mnie, może czai się za rogiem. Muszę więc wchłonąć i zapamiętać każdy dotyk mojego męża, każdy uśmiech moich dzieci, każde przytulenie bliskiego mi człowieka, bo może być ono ostatnie w życiu jego lub moim. A te chwile szczególnie szybko uciekają wtedy, kiedy bezsensownie gapię się w wyświetlacz telefonu. 

9. Odpoczęłam. Pierwszy raz od siedmiu lat odpoczęłam w wakacje. Do tej pory zawsze albo byłam w ciąży albo któreś dziecko było niemowlakiem, a po wczasach jechaliśmy jeszcze do moich rodziców na kilka dni, żeby dopiero tam odetchnąć nieco. Teraz dzieci są już dość duże i bardziej samodzielne, tak że nie musiałam wstawać w nocy na karmienie, nie męczyła mnie żadna ciążowa zgaga ani skurcze łydek a dzieciaki w dużej mierze zajmowały się same sobą.

10. Odkryłam, że nie chcę żyć w sieci sieci. 

A to wszystko mogło się wydarzyć tylko dlatego, że ograniczyłam scrollowanie kompa i telefonu, hura!!!

Czy wy też macie takie rozkminy? Jak znajdujecie równowagę między netem i życiem, zwłaszcza jeśli w dodatku piszecie blog, prowadzicie fanpejdża albo potrzebujecie internetu do pracy? 

2 komentarze:

  1. Jakos udaje mi się znaleźć rónowagę, a dzieki blogowi spotykam więcej ludzi, na żywo właśnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blog jest ekstra, nie mówię, że nie. Internet też jest super i też poznaję dzięki niemu ludzi i mam większe możliwości dotarcia, ale nie opracowałam najwidoczniej jeszcze systemu zarządzania sobą w internecie. A jak tę równowagę łapiesz przy częstych publikacjach, masie komentarzy, społecznościówek i pewnie masie innych rzeczy? Chyba, że blog to już Twoja praca, to rozumiem.

      Usuń

Jeśli dowiedziałeś się czegoś nowego po przeczytaniu tego posta, jesteś wzruszony, wkurzony, szczęśliwy, Twoje życie diametralnie się zmieniło lub znalazłeś jakiś błąd językowy, napisz mi o tym w komentarzu. Tylko tak, wiesz, kulturalnie, bez chamstwa i hejtu. Dzięki!